- 07:55:00
- 0 Comments
Nie mogę uwierzyć, że już w czerwcu minie równo pół roku odkąd zaczęłam przygodę z pracą w korporacji - czas ucieka jak szalony! Jak minęły pierwsze miesiące? Czego mnie nauczyły? Czy ogarniam? Zobaczmy dalej...
Cieszę się, że ktoś postanowił dać mi szansę - szansę na start w dorosłe życie. Gdyby ktoś rok temu, gdy pisalam magisterkę, powiedział mi, że teraz będę zajmować się księgowaniem faktur i kontaktem z zagranicznymi dostawcami (w tym rozwiązywać trudne sprawy telefonicznie, o zgrozo;D) popukałabym się w czoło. Serio, ja? Przecież się na tym nie znam! A tu zdziwienie -powoli, małymi kroczkami idę do przodu i ogarniam coraz więcej. Życie jest za krótkie, żeby blokować się wymyślonymi przeze mnie ograniczeniami.
Najważniejsze, czego do tej pory się nauczyłam? Zarządzanie czasem i nie marnowanie go. Aż sama się dziwię, że można skupiać się na cyferkach przez osiem godzin dziennie - a pomyśleć, że na początku studiów przeżycie w skupieniu półtorej godziny wydawało się ciężko osiągalne;)
W tym całym poukładanym, logicznym świecie brakuje mi jednego - twórczej zabawy, blogowania. Staram się sięgać po kolorowanki, wciągające książki, a ostatnio - wróciłam do nauki nowoczesnej kaligrafii (przecież brush pen nie może leżeć nieużywany, nie po to go kupiłam!).
- 20:07:00
- 0 Comments
Początek wiosny oznacza dla mnie nie tylko eksplozję zieleni, ale też coroczną refleksję nad życiem - jako dziecko wiosny odczuwam potrzebę rozliczenia się w marcu, sama ze sobą, niczym w okolicach Sylwestra. Z tej okazji rzuciłam trochę patetycznym tytułem. Wszak nie raz kończy się ćwierć wieku!
Dziękuję wszystkim dobrym duszom, które czynią wiosnę bardziej zieloną i pożyczają różne ciekawe rzeczy (i często też-zielone same w sobie). Zacznę od początku, od lewej - powitajmy kiełki. Nigdy wcześniej nie miałam okazji ich spróbować, tutaj dostałam 2w1 - nie dość, że przyszły do mnie w postaci nasionek, a więc miałam frajdę przy zakładaniu hodowli w słoiku - po kilku dniach mogę skonsumować tę bombę witaminową :) Za mną dwa rzuty kiełków (swoją drogą nie wiem czemu żyłam dotychczas w przekonaniu, że bez kiełkownicy się nie obejdzie) i zamierzam kontynuować eksperymenty.
Mamy jedzenie, czas na napój - herbatę o smaku melisy z wanilią kupiłam parę dni temu i czuję, że będzie nam się dobrze współpracowało. Pachnie aromatycznie niczym ciasto nasycone aromatem waniliowym, w smaku zaś bardziej nawiązuje do melisy. No, skoro siedzimy już w zielonym, czas na ziomeczka, który w zieleni kucnął dosłownie - spodobał mi się ten wdzięczny, ptasi model, którego uchwyciłam pewnego poranka na przystanku autobusowym :)
Czas przeskoczyć na inną gałąź. Tym razem ugryziemy zieleń od przetworzonej, papierowej strony - tej wiosny wpada w moje ręce całkiem sporo książek. Sfotografowałam te, z którymi zaprzyjaźniłam się najbliżej w ostatnim tygodniu czy dwóch. Znajdują się tu dwie pozycje autorstwa Filipa Springera - Wanna z kolumnadą oraz Miasto Archipelag - wciągnęły mnie ciekawie opisane rozważania nad polskim postrzeganiem estetyki i ładu przestrzennego. Szkoda, że była to raczej smutna refleksja....
W ten weekend połknęłam natomiast Harry'ego Pottera i Przeklęte Dziecko - ciekawym uczuciem był powrót do starych, dobrych czasów, gdy z niecierpliwością czekało się na premierę kolejnego tomu. Historię czytało się szybko i przyjemnie, chociaż miałam nieustannie wrażenie, że to do końca nie to samo, co poprzednie historie, lecz opowieść stworzona na szybko, niepogłębiona...Kurczę, czegoś tu brakowało ;) A może moje odczucia związane są z tym, że to jednak sztuka, a nie powieść?
Wysyłamy wraz z Bonitą dobranocne uściski!
- 22:22:00
- 0 Comments
Są takie chwile, gdy trzeba skupić się na życiu realnym i najzwyczajniej na świecie - cała ta wirtualność i blogowanie idzie w odstawkę, by móc w pełni skupić się na rzeczach priorytetowych. Chwilową odstawkę, bo po ogarnięciu kuwety rzeczywistości wraca chęć na pisanie. Kurczę, i jak tu wbić się w rytm po tak długiej przerwie? O czym pisać? Dziękuję Ci, drogi Internecie, za inspiracje spadające z nieba w idealnym momencie - przecież właśnie teraz trwa akcja Andrzeja Tucholskiego - SHARE WEEK (klik). Dotychczas tylko przyglądałam się minionym edycjom, lecz tym razem postanowiłam zmienić taktykę i podzielić się z Wami trójką moich blogowych ulubieńców. Moi ulubieni twórcy (a raczej-twórczynie :-)) to osoby, które cenię za ciekawą osobowość, kreatywność i taką swoistą sympatyczność, która zachęca mnie do regularnych odwiedzin ich stron i lektury. Miejsca na podium wypunktowałam w przypadkowej kolejności.
Raz, dwa, trzy - zaczynamy:
Blog Ani to pierwsza ze stron, które zaczęłam regularnie odwiedzać i czytać. Trafiłam tu przypadkiem ładnych parę lat temu i polubiłam za różnorodność tematów, systematyczność w dodawaniu postów, i, przede wszystkim - za autentyczność przekazu. Cenię autorkę za to, że nie boi się wyrażać swojego zdania i za to, że żyje pełnią życia, nie czekając na nie-wiadomo-co. Dzięki Ani odkryłam m.in. moc imbiru, ćwiczenie wdzięczności czy kotlety z kaszy, a jej książkę przeczytałam
z przyjemnością jednego wieczoru :)
z przyjemnością jednego wieczoru :)
Blog Kasi przyciąga mnie przytulnością - jak tu pięknie, estetycznie! Jak świeżo! To stronka inspirująca do działań kreatywnych, dzięki niej poznałam się z Bullet Journalingiem, pierwszy raz usłyszałam o Project Life...źródło inspiracji dla wszystkich freaków gadżetów papierniczych jak ja ;) żeby było ciekawiej, Worqshop odkryłam w czasie zeszłorocznego SHARE WEEK, gdy jednego dnia usłyszałam o stronie od dwóch osób - nie ma przypadków ;))
P.S. Tytułowe zdjęcie powstało we francuskim Taize, jednym z bardziej inspirujących miejsc, jakie miałam okazję odwiedzić;)
Dobrego tygodnia!
- 17:52:00
- 0 Comments
Herbaciany kącik odkrywców przybywa, by zdać raport - od ostatniego, wakacyjnego sprawozdania miałam okazję przetestować całkiem sporo smaków i smaczków. Jedne wpadły na chwilkę, inne - zostały na dłużej. Na dzień dobry - numer jeden wśród herbat najdziwniejszych, czyli:
...herbata owocowa z burakiem :D Upolowana w Lidlu (zastanawiałam się między opcjami z marchewką lub pomidorem). Nie mogę stwierdzić, że jest niesmaczna-jest po prostu dziwna :D nie odrzuca, ale też wybitnie nie pałam do niej uwielbieniem. Taki typowy owocowy przeciętniak, z tą różnicą, że wyczuwa się specyficzną, buraczaną nutę (wbrew pozorom nie jest to barszcz!).
Zapachniało barszczem, wspomnieniem (już tak odległych!) świątecznych dni...czas więc na gościa specjalnego - grzeszny grzaniec, napój na specjalne, wyjątkowe okazje :-) Jak twierdzą producenci - ostro rozgrzewa i zapewnia magiczne doznania (sprawdziłam, potwierdzam :-)). Fakt, napar ten wyjątkowo wyróżnia się smakiem - po raz pierwszy spotkałam się z taką, która w torebce zawiera substancje słodzące (z ciekawości zerknęłam na opakowanie - jedna porcja dostarcza 5 kalorii). To herbata na siarczyste mrozy!
Rozgrzewania nigdy dość, szczególnie w lutym - zapoznam Was więc z drugim, grzańcowym kumplem:
Ten koleżka wyróżnia się intensywnym, kakaowym zapachem, wprowadza uczucie przytulności w pokoju, pikanterii w tym zestawieniu dodaje papryczka. Polecam! ;-)
![]() |
| o czekomiętówce pisałam już w listopadzie i nadal uważam, że zamknięcie paczki jest urocze :-) |
Troszkę pokuszę Was jeszcze czekoladowym aromatem, ponieważ miałam okazję przetestować jeszcze jedną herbatę w podobnych klimatach - była to sypana, czarna herbata o smaku czekoladowo-miętowym. (niestety nie znam marki). Piłam hektolitry jesienną porą, była w punkt - bardzo mocna, intensywnie pachnąca czekoladą, a zarazem - orzeźwiająca. Obiło mi się o uszy, że to typowo świąteczny smak herbaty, moim zdaniem - dobra o każdej porze roku!
Przedostatni gość w dzisiejszym zestawieniu to klasyczny Dilmah o nieklasycznym, migdałowo-wiśniowym aromacie. Pachnie obłędnie! Smak jest również niebanalny - czułam się jakbym piła równocześnie herbatę i jadła placek wiśniowy posypany płatkami migdałowymi ;-)
Listę kubkowych inspiracji w sezonie jesień-zima 2016/2017 zamyka moje najnowsze odkrycie - smakowa, biała herbata z mandarynką i poziomką. Bardzo delikatna, kusząco pachnie słodkością owoców, bardzo leciutka, chętnie wrócę :-)
- 22:33:00
- 0 Comments
Od jakiegoś czasu zachwycam się biedronkowymi jogurtami w słoiczkach - jaki to zmyślny, przemyślany gadżet! Rozmawiałam na ich temat z kilkoma osobami (mrugam znacząco okiem szczególnie do jednej ;-)) i okazało się, że kolekcjonerzy szklanych kubeczków są wśród nas i pomysłów na ich wykorzystanie nie brakuje. Wcale się temu nie dziwię - jogurt w normalnej cenie, w dodatku - w estetycznym pojemniku i zgrabnych kształtach sprawia, że chęć na zabawy recyklingowe i pielęgnowanie instynktu chomiczka rośnie.
Słoik bardzo dobrze sprawdza się jako organizer do przechowywania małych, podłużnych przedmiotów codziennego użytku. Przegląd rzeczy zaczniemy od łazienki - co tu się chowa?
Kroki kierujemy do pokoju, a tu, na biurku:
- kredki - najlepiej te niższe, typu Bambino czy pastele, węgle
- świeczka DIY (to, by the way, najpopularniejsze wykorzystanie słoiczków :-))
- spinacze, wkłady do zszywacza
- karteczki indeksujące
- temperówki, gumki do mazania
| pssst, zdradzam patent na pęknięte kredki: sklejam je taśmą izolacyjną :) |
- pokrojone w słupki warzywa (marchewki, papryki, ogórki) + sosy
- jak wyżej, lecz z owocami
- małe przekąski na wykałaczkach, mini szaszłyczki :-)
- paluszki itp.
Przechodzimy do domowego zakątka z kategorii schowek, a tu:
- zapałki - po co trzymać na widoku średnio piękne pudełka?
Kończymy wycieczkę w ogrodzie. Spokojnie, nie musisz ubierać butów, wycieczka kończy się przy parapecie - tu mieści się mały ogródek wewnętrzny ;-) Od wakacji w słojach hodowałam kilkukrotnie rzeżuchę, raz owies wielkanocny (w ramach testów, czy da radę przeżyć na podłożu z waty - melduję, że podołał!), natomiast niedawno przerzuciłam się na rodzinę malutkich sukulentów.
Wycieczka dobiega końca, może napijemy się herbaty? Powiem Ci, że bardzo lubię słoiki nie tylko ze względu na nieskończoną liczbę zastosowań - podoba mi się ich zdolność mimikry. Można je dowolnie ozdabiać, przemalowywać, obwiązywać pod szyją sznurkiem jutowym, wstążką czy trzasnąć sobie klasyczny decoupage. A jak pięknie prezentują się w swej czystej, minimalistycznej formie, wspominać nie muszę :-). To co, zielona czy czarna? ;D
- 16:19:00
- 0 Comments
Rzeczy do zrealizowania w 2017 roku spisałam już jakiś czas temu. Dałam im trochę dojrzeć, przejrzałam jeszcze raz i stwierdziłam - dobra, to jest to. Ze wszystkich pomysłów, które siedzą mi w głowie, wyłuskałam te, które wiążę z kreatywnością, czytaj-poznawaniem czegoś nowego, uczeniem się. Uważam, że lepiej odkrywać nowe rzeczy niż stać w miejscu, chociażby kroki miały być malutkie ;-).
Oto moja mała lista to do, czyli co zrobię u progu ćwierćwiecza?
Na sportowo: pójdę na zajęcia z jogi albo pilatesu. Marzą mi się już od dawna! Szczególnie joga, choć pilates jako sport przeznaczony dla osób po kontuzjach też kusi. Najzwyczajniej w świecie chciałabym iść na jakieś zajęcia grupowe, wzmocnić mięśnie i czuć się bardziej gibka :-). Jeszcze tylko kwartał i mogę myśleć o normalnych aktywnościach, szał ciał!
Praktycznie: w końcu zamknę rozdział pod tytułem ja, kierowca. Krótko i na temat ;-).
Planistycznie: będę dalej prowadzić własny kalendarz. Odkąd w wakacje pierwszy raz usłyszałam o idei bullet journalingu, czyli tworzeniu własnego, dopasowanego do indywidualnych potrzeb plannera, wiedziałam, że to coś dla mnie. Zaczynałam trzy razy. Najpierw, na próbę, w zwykłym zeszycie w kratkę...
Potem w wersji kwadratowej i na gładkim papierze, odręczne rysowanie tabelek było wyzwaniem: ;-))
Ostatecznie znalazłam spokój i stabilizację w memobooku - kartki w kratkę okazały się strzałem w dziesiątkę! Zależało mi na tym, by nie wpaść w kalendarzową paranoję i nie przesadzić ze skupianiem się na mało istotnych elementach, typu milion cienkopisów i rysowanie godzinami ozdobnych obrazków. Uważam, że kalendarz ma być przede wszystkim...kalendarzem, postawiłam praktyczność na pierwszym miejscu, to tu zapisuję plany tygodniowe, prowadzę kolekcję książek przeczytanych/do przeczytania, podobnie z filmami czy miejscami do odwiedzenia. Ozdobniki potraktowałam jako drugorzędny dodatek, w którym spełniam się biorąc udział w mikro wyzwaniach, o których w następnym punkcie ;-)
![]() |
| Mój ukochany kropek (zarówno w środku, jak i na zewnątrz, żeby nie było ;-)) plus kilka migawek z wyzwania, w którym obecnie biorę udział na insta, patrz niżej: |
Wyzwaniowo: w październiku przypadkiem trafiłam na bloga Kasi (klik)
i jej wyzwanie kreatywne. Przez dwa tygodnie każdego dnia na
instagramie wstawialiśmy interpretacje rysunkową bądź kaligraficzną
hasła na dany dzień. Poznałam ciekawych ludzi, dobrze się bawiłam
i...szczerze zdziwiłam, że ziomki z Poznania stanowiły tak liczną część
wyzwaniowego zespołu :D Wkręciłam się, więc postanowiłam dołączyć do
kolejnej, instagramowej zabawy #kreatywnebujo - przez cały styczeń odwzorowujemy w bullet journal hasła z rozpiski.
![]() | ||||
| tak się bawiłam w jesiennym wyzwaniu! |
| pierwsze podejścia do hand letteringu... |
Piśmienniczo: biorąc udział w Zenjowym wyzwaniu zakładałam, że poćwiczę choć trochę ręczne pisanie. Zachwycają mnie piękne, fantazyjne napisy wykonywane brush penami, specjalnymi pisadłami o końcówce pędzla (coś dokładnie w połowie drogi między pisakiem a pędzelkiem <3). Próbowałam swoich sił z moim starym aquash brushem, o którym rozpisywałam się tu (klik), jednak a. okazało się to za trudne, b. po ośmiu latach wspólnej zabawy końcówka się wysłużyła i nie spełnia się przy cieniutkich, precyzyjnych liniach. Wyzwanie przeżyłam więc tworząc obrazki techniką udawanej kaligrafii dla beginnerów - cienkopisem. Tymczasem traf chciał, że w grudniu Kasia zaczęła w swoim sklepie sprzedawać wcześniej przetestowane brush peny dla początkujących...;-) właśnie zakochuję się w tym zestawie (klik) i czuję, że jeśli nie kupie obu, to chociaż jedno z pisadeł i będę tworzy takie cuda:
Piśmienniczo po raz drugi: chciałabym ruszyć z pięknym pisaniem również na tablecie graficznym. W końcu! Tyle razy o tym myślałam i ostatecznie wybierałam inne priorytety. A przecież nie po to go kupiłam, żeby leżał i kwiczał z nudów, czas najwyższy odkurzyć Wacoma (którego, by the way, upolowałam z poleceni w świątecznej ofercie Biedronki w zeszłym roku w bardzo dobrej cenie, warto śledzić gazetkę :-).
Smakowo: pragnę odkrywać nowe smaki! W ciągu minionych dwunastu miesięcy przekonałam się do imbiru, jogurty naturalnego zamiast owocowego, pokochałam puddingi z nasion chia i wyrobiłam opinię na temat batatów. Przetestowałam jakieś kilkanaście nowych herbat i zaczęłam pić regularnie kawę (choć to ostatnie powinnam wykreślić ;-)). Chciałabym i w tym roku pozostać otwarta na nowe doznania smakowe, a co to będzie? Sama jestem ciekawa ;-)).
Na koniec...ja, Picasso: w 2017 chciałabym w końcu dokończyć obraz - pejzaż, który czeka od ładnych paru lat w za regałem. Czemu o nim zapomniałam?
No, to do dzieła!
Wszystkiego dobrego w kolejnym roku życia dla Was, ziomeczki <3
- 19:14:00
- 0 Comments









